Szanowni Państwo,

Dwa dni przed Przystankiem Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury, który odbył się w ogromnej Hali Atlas Arena w Łodzi, ukazał się w Dzienniku Łódzkim wywiad przeprowadzony ze mną przez znanego dziennikarza Dariusza Pawłowskiego. Warto ten tekst przeczytać, gdyż odpowiada on na ważne pytania, nurtujące wielu miłośników prawdziwej kultury. O przebiegu Przystanku, który zakończył się wielkim sukcesem poinformuję jutro. Gorąco pozdrawiam.

Wielka klasa to nie żart…

Wszyscy artyści, o których mówi, są dla niego wspaniali i niezwykli. O innych nie mówi. I ciągle jest liczna rzesza takich, którzy chcieliby, by o nich mówił.
Bogusław Kaczyński mówić o sztuce, a przede wszystkim muzyce, uwielbia. Więcej, mówienie o niej uważa za coś w rodzaju misji.
- W tych ponurych, szarych, przaśnych czasach PRL chciałem pokazać rodakom, że piękna muzyka może dostarczyć dużo radości i przyjemności, ale że wymaga ona pewnej postawy i oprawy – podkreśla Bogusław Kaczyński. – Że trzeba się ładnie ubrać, umieć wytwornie zachować, przestrzegać pewnej etykiety. I proszę zobaczyć, podczas moich koncertów publiczność zawsze prezentowała się znakomicie. Mimo trudności związanych z codziennością. A to oznacza, że to było i jest nam potrzebne. I że kindersztuba pozwalała nam uciec od przeciętności.
Tym zresztą Kaczyński także drażnił. Bo był inny.
Festiwal, który ruszył z miejsca
W niedzielę Bogusław Kaczyński zadba znowu o styl i elegancję łodzian. Będzie gościem przystanku Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury w Atlas Arenie. Festiwalu, który jest jego ukochanym dzieckiem, poświęconym ukochanemu artyście, i który powstał w górskiej Krynicy Zdroju. Ale nie mógł tam dłużej zostać.
- Byłem inicjatorem i założycielem tego festiwalu oraz jego dyrektorem przez 28 lat – opowiada z wyraźnym smutkiem Bogusław Kaczyński. – Dwa lata temu rozstałem się z Krynicą. Nie ma tam ani sali teatralnej, ani specjalnych hoteli, są wielkie problemy organizacyjne. Postanowiliśmy więc zmienić formułę i teraz przyjeżdżać z naszymi propozycjami do publiczności.
Oczywistym jest jednak, że to nie brak sali koncertowej zdecydował o porzuceniu Krynicy. W końcu tyle lat jej tam nie było…
- Odszedłem dlatego, że nie znalazłem wspólnego języka z nowym burmistrzem Krynicy – dodaje. – Pracowałem przez te wszystkie lata z wieloma burmistrzami, lepszymi i gorszymi. Ale wszyscy byli serdeczni, oddani festiwalowi i mnie. Ten nie spełnia żadnych moich oczekiwań i współpraca z nim okazała się niemożliwa. Próbowałem osiągnąć porozumienie, ale się nie udało. On też uważał, że festiwal należy się Krynicy i że on się sam robi. Nie zdawał sobie sprawy ile to wymaga wysiłku. Myśmy pracowali na ten festiwal cały rok w Warszawie, w dodatku ja w przyczepie do mojego samochodu przywoziłem worki pieniędzy, które wyżebrałem od różnych ludzi na ten festiwal. Ale on o tym nie wiedział i nie chce wiedzieć. Doszedłem w życiu do pewnego etapu. Kiedyś, do choroby mojej, a to już sześć lat, merdałem ogonem przed każdym kto był mi w stanie pomóc w moim festiwalu, wesprzeć go, dofinansować. Robiłem wszystko, żeby ten festiwal mógł się odbyć. W tej chwili już przed nikim nie merdam ogonem. To już jest niemożliwe. Przekroczyłem pewien próg. Więcej nie mogę.
Bogusław Kaczyński zauważa też, że sytuacja w kraju jest taka, iż nawet merdanie niewiele dziś pomaga.
- Opowiadał mi dyrektor festiwalu imienia Didura na południu Polski o okropnej sytuacji jego przedsięwzięcia. Mówię: no wie pan, sponsorzy… Odpowiedział, że szuka wszędzie pieniędzy. Był na przykład u dyrektora oddziału banku i prosił o wsparcie festiwalu. Dyrektor narzekał na trudności, po godzinie rozmowa się skończyła. Mój znajomy był bardzo zasmucony i dyrektor banku mówi: „Proszę pana, jak tak nie lubię, kiedy moi interesanci wychodzą ode mnie zasmuceni. I żeby nie był pan zasmucony, to ja panu dam na festiwal”. Dyrektor festiwalu na chwilę się ucieszył i usłyszał od dyrektora banku: „Ja dam panu na festiwal. Pięćdziesiąt złotych”. To ja takich sytuacji nie chcę.
Bogusław Kaczyński zabiegał też, żeby w Krynicy powstała hala, w której mógłby się odbywać festiwal.To też się nie powiodło.
- Zadawałem sobie sam pytanie: Czy ja mam całe życie mam budować festiwale na pustyni, na piasku? A moi często nieutalentowani koledzy mają wielkie teatry i inne przedsięwzięcia i doprowadzają je do ruiny. Uznałem, że mam tego dosyć, nie chcę już.
Ostatni powód wyprowadzki z Krynicy jest najbardziej zaskakujący.
- Ja przez całe swoje życie, taką mam konstrukcję, nie znosiłem gór – przyznaje. – Gdy jechałem do Krynicy, to od Nowego Sącza już mi było duszno i za wysoko. Potem chciałem z Krynicy wyjechać, najchętniej nad morze, na molo w Sopocie.
Znamię czasu czy rewolucja kulturalna?
Burmistrz Krynicy, w opisie Bogusława Kaczyńskiego, jest symbolem nowych czasów i nowych „panów”. To kolejny powód do zmartwień.
- Martwi mnie to, że najmłodsze pokolenie nic nie wie o Janie Kiepurze, ale ono nie wie też o Chopinie czy Paderewskim. Czasem mam wrażenie, że nic nie wie. Moim oponenci mówią, że oni wiedzą, jak włączyć komputer. Ja należę do pokolenia, które tego nie potrafi, oni zaś już rodzą się z tą umiejętnością i jako małe dzieci potrafią wykonywać na komputerze rozmaite ewolucje. Ja jednak odpowiadam: przepraszam bardzo, ale ja jako dziecko potrafiłem grać czterogłosową fugę Jana Sebastiana Bacha. I to na koncercie przed tłumami publiczności. Ale to jest znamię czasu.
Te zmiany sięgają jednak głębiej.
- W Polsce panuje specyficzna rewolucja kulturalna – ocenia Bogusław Kaczyński. – To jest dla mnie absolutnie czytelne i widoczne. W ruinę obracają się dawne wspaniałości naszej cywilizacji, którym moje pokolenie, ale i młodsze, hołdowały. A najnowsze pokolenia już o wielu rzeczach nie chcą słyszeć, bo uważają, że jest to niepotrzebne nikomu. Tak nie jest. Jeśli nie byłyby potrzebne te wartości, którym myśmy hołdowali, to co robią profesorowie akademii medycznych, chirurdzy? Po co budować coś na wiedzy i kulturze wykształconej przez lata, można ogłosić konkurs w telewizji i wyłonić operatorów różnych chorób, po co profesury i wielkie światowe nazwiska… Absurd, prawda? To samo dotyczy każdej dziedziny, ciągle jest to aktualne: światowe wielkie nazwiska i dokonania różnych epok, tylko trzeba o tym mówić, bo dzisiejsza młodzież nie wie o tym. W domu o tym nie nie słyszy, w szkole nie słyszy, w telewizji wykluczone, więc skąd o tym ma wiedzieć? Zatem mówmy i mówmy, żebyśmy my przynajmniej byli w porządku wobec cywilizacji, której cząstką wszyscy się czujemy. Ja będę mówił na pewno.
Bogusław Kaczyński nie raz podkreśla, że to, jakim jest, wyniósł z domu. Ojciec zaraził go miłością do opery, rodzice nauczyli, że trzeba mieć maniery, że człowiek cywilizowany nosi garnitur, koszulę, krawat, kąpie się, myje zęby, ma czyste paznokcie.
- Trzeba usilnie pracować nad edukacją najmłodszych, jeśli dorośli są niewrażliwi na sztukę niewiele już da się zrobić, choć też trzeba próbować. Dzisiejsze mówienie o lekcjach muzyki i innych zajęciach mnie nie przekonuje, bo ja widzę jak one są prowadzone. Często przez ludzi, którzy nie kochają muzyki i sztuki, jak więc oni mogą nauczyć dziecko miłości do muzyki. Trzeba przywrócić też modę na chóry szkolne, orkiestry szkolne, teatralne zespoły amatorskie. Bo to uczy nie tylko sztuki i kultury, ale jest też bezpośrednim uczestnictwem w tworzeniu sztuki. A to wielkie doświadczenie. Dziś jesteśmy bardzo bierni.
Bierność łączy się też z brakiem skupienia.
- Dzisiaj robimy wiele rzeczy na raz, na przykład włączamy telewizor i on sobie gra, a my wykonujemy inne czynności. Kiedyś przed telewizorem zasiadała cała rodzina i w skupieniu oglądało się spektakl, film czy jakiś program. Potem telewizor był wyłączany i przechodziło się do swoich zajęć. Będę walczył o poważny rodzaj skupienia i odpowiedzialności. Jeśli słucham symfonii Beethovena, to nie ma dla mnie w tym momencie ważniejszej rzeczy.
Teraz Kiepura
Najważniejszy jednak pozostaje Jan Kiepura. Złoty chłopak z Sosnowca, któremu Bogusław Kaczyński chce poświęcić najważniejsze swoje dzieło następnych lat.
- Chcę napisać obszerną biografię poświęconą temu artyście – zdradza. – To była bowiem wspaniała kariera, która pobudza ludzką wyobraźnię. To jest opowieść o tym, jak chłopiec z niewielkiego, zadymionego miasta wymarzył sobie wielką karierę i jak mu się udało tę karierę zrealizować. Bez protekcji, bez układów, bez telewizji. On to wszystko sobie sam wyśpiewał.
Przed laty była już nadzieja, że powstanie serial o Kiepurze.
- Napisałem na zamówienie zespołu filmowego, któremu wtedy przewodził Krzysztof Zanussi 12-odcinkowy serial poświęcony Kiepurze – opowiada Bogusław Kaczyński. – Miał to reżyserować Janusz Rzeszewski. Projekt został przyjęty, ale zaczęły się trudności finansowe. Byłem też sceptyczny w sprawie obsady, pytałem: skąd weźmiecie wykonawcę roli Jana Kiepury? I nie chodzi o wygląd, ale kto to będzie mógł śpiewać, jak Kiepura? Jan Kiepura miał bowiem jeden z tych nielicznych głosów na świecie, że wystarczyło, iż zaśpiewa jeden takt i od razu było wiadomo, że to on. To był nieprawdopodobnie charakterystyczny, serdeczny i słoneczny głos. Dlatego porywał tłumy, nawet te, które nigdy nie były w operze. Placido Domingo powiedział mi kiedyś, że Kiepura był prekursorem śpiewania na otwartych przestrzeniach. Wychodząc na dach samochodu. Do dziś się zastanawiam, jak to było możliwe, że on śpiewał nie mając mikrofonu, przed Operą Wiedeńską, stojąc na dachu swojego czarnego mercedesa, gdy tłum wstrzymał ruch tramwajowy, i był wszędzie słyszalny. A musiał być słyszalny, bo tłum szalał, a niektóre panienki mdlały z zachwytu i przejęcia. W Wiedniu uważają, że był on dla Wiednia lat 30. tym, czym Beatlesi dla Londynu lat 60 i 70.
Wielką wiedzę o Kiepurze Bogusław Kaczyński zdobył od jego bliskich.
- Jestem dumny i szczęśliwy, że mogłem się przyjaźnić z żoną śpiewaka, Márthą Eggerth i jego bratem, Władysławem, do którego jeździłem często na Florydę. Całe dni rozmawialiśmy, to były niesamowite opowieści. Teraz materiały poświęcone Kiepurze zajmują pół mojego mieszkania. Powoli porządkuję je. Powinienem napisać tę biografię 20 lat temu. Ale wtedy zawładnęła mną całkowicie telewizja. Ciągłe wyjazdy, występy – nie miałem kiedy. Teraz jest większa możliwość. Muszę zostawić po sobie taką książkę, czuję się w obowiązku.
Przeszkodą jest też ciągła rehabilitacja po udarze.
- Ciągle walczę, ale wiem też, że przesadzam z pracą. Ostatnio dostałem zaproszenie do Stanów Zjednoczonych. Zdaniem profesorów mojej kliniki, nie mogę jeszcze latać samolotami. Bardzo tego żałuję, bo ciągle coś chcę robić, mam wiele pomysłów. Może powinienem kupić na raty miotłę elektryczną i na niej latać z miejsca na miejsce?
Czemu nie, miotła to przecież nie samolot…